WCiałopozytywność, W mediach

Czy twój biust jest „specjalistyczny”?

Za chwilę kolejne targi bielizny (Salon Bielizny w Łodzi), a tam – nowe kolekcje i trendy, którymi będziemy się zachwycać, albo wręcz przeciwnie. Będziemy też jak zwykle utyskiwać na to, że ten czy inny pomysł znowu trafi tylko do bardzo ograniczonych rozmiarówek. Że na ten czy ów piękny projekt będziemy mogły tylko sobie popatrzeć, a na jego twórcę – wściec się słusznym gniewem stanikomaniaczki 🙂 Może nie będzie tak źle, może okaże się, że większość targowych modeli cudownie objawi się w rozmiarze 80H i większych? Pomarzyć zawsze można, a ponieważ ostatnio targi zaskakiwały mnie głównie pozytywnie – jadę raczej z optymizmem. Ale i z wymaganiami.

Więc trochę antycypacyjnie i trochę à propos – czytam sobie pewien wywiad w „Modnej Bieliźnie” (niestety nie ma go jeszcze na onlajnie, wielka szkoda – gdy tylko będzie, niezwłocznie wrzucę linkę do numeru w numerze 80 – niestety we flashu, więc na wielu przeglądarkach obejrzeć się nie da; wywiad zaczyna się na stronie 40) i dzielę się z Wami refleksjami osoby, która przez sporą część swojego życia czuła się, i nadal trochę czuje, wykluczona z bieliźnianej mody. 

Projektantka mody jest artystką. W jej umyśle powstają odważne pomysły i przełomowe wizje, które inspirują innych, w tym tych, od których zależy, co zobaczymy w sklepach – firmy produkujące odzież. Niektóre z tych pomysłów doczekają się przełożenia na codzienny język i trafią na nasze ulice, inne nie. Gdyby jednak projektantka od początku poruszała się tylko w kręgu sprawdzonych rozwiązań, nigdy nie stworzyłaby niczego nowego. Myślę, że w tym zawodzie trzeba być trochę „ponad” oczekiwaniami przeciętnych śmiertelników. Mimo to nie da się przecież uciec od faktu, że gdzieś tam na samym końcu jest klientka, z jej upodobaniami i wymaganiami. I z jej ciałem.

Nie wcielałam się nigdy w rolę bra-projektantki, ale na zdrowy rozum – jeśli mowa o bieliźnie, to radosne oderwanie od formy i potrzeb ciała ma tu jeszcze mniejszy sens, niż w przypadku ubrań. Narzucić na siebie swobodnym ruchem można z grubsza cokolwiek, ale stanik czy majtki muszą trzymać się biustu i pupy, dosłownie i w przenośni. Zawsze byłam ciekawa, jak pracują projektanci bielizny i co powinno zostać zrobione, by artystyczna wolność projektantów nie skutkowała ciągłym wykluczaniem z bieliźnianej mody osób o większych biustach i gabarytach nie przypominających parametrów modelki wybiegowej. 

Szyjemy bralety?

Na łódzkiej ASP powstała niedawno Pracownia Projektowania Bielizny i Stroju Rekreacyjnego, czyli miejsce, w którym mają kształcić się przyszłe projektantki i projektanci bielizny. Z wywiadu w „Modnej…” z założycielką tej pracowni dr Dorotą Salską wywnioskowałam, że jest to jedyne takie miejsce w Polsce, a wykształconych projektantów bielizny w naszym kraju policzyć można na palcach jednej ręki. Pani doktor kładzie nacisk nie tylko na kwestie artystyczne, ale i praktyczne – konstrukcję bielizny i dobór materiałów, co jest w wywiadzie mocno podkreślone. Rozumiem, że pracownia ta działa dopiero od roku i pewnie dlatego studentki na razie zetknęły się dopiero z podstawami i mają za sobą najłatwiejsze zadania. Mam nadzieję, że za kilka lat będą wymiatać w staniki 😉

Mimo to poczułam ukłucie niepokoju, czytając zdanie „na potęgę szyjemy bralety”. Bo studentki mogą od razu je nosić, są bowiem (studentki) „bardzo młode, bardzo szczupłe i bardzo zgrabne” (tu od razu zaświtała mi nadzieja, by do Pracowni zgłosił się także ktoś grubszy i oczekujący mocniejszego podtrzymania biustu 😉 ), a bielizna na większe biusty to już trudniejsza sprawa i rządzi się innymi prawami. Należałoby zaliczyć ją do specjalistycznej, razem z bielizną dla amazonek i karmiących piersią. Bo prostego staniczka z trójkącików nie założy pani, która nosi 85F (swoją drogą, ten rozmiar pojawia się w artykule dwa razy jako przykład bardzo dużego rozmiaru 😉 Warto jednak wiedzieć, że dobre bralety i w tym rozmiarze powstają!) Jasna sprawa, doskonale rozumiem stopniowanie trudności, że jakoś te zagadnienia trzeba podzielić, a uszycie biustonosza z miską i drutem to nie bułka z masłem. Bardzo już jednak odwykłam od nazywania wszystkiego poza braletem, czy zwykłym stanikiem w małym rozmiarze, „bielizną specjalistyczną”. Ta kojarzy mi się raczej ze sprzętem medycznym, niż z modą. Na szczęście, pani Dorota Salska, która kieruje Pracownią i stworzyła jej program, rozumie tę subtelną kwestię, miała bowiem bliski kontakt z osobami, dla których zaprojektowała swoją doktorską kolekcję – z amazonkami.

Sensualność po operacji piersi

Oprócz stworzenia i prowadzenia Pracowni dla przyszłych projektantek i projektantów bielizny, pani Dorota Salska ma na koncie m.in. niecodzienną kolekcję, która stanowiła jej pracę doktorską. Ogólnie nie posiadam się z radości, że w Polsce można doktoryzować się z projektowania biustonoszy i mam nadzieję, że ten kierunek przyniesie nam w niedługim czasie kolejne magisteria i doktoraty oraz armię wybitnych projektantek i projektantów naszych staników 🙂

Kolekcja_modna

Kolekcja „Kształty ochronne” Doroty Salskiej obejmuje trzy serie: biustonosze, body i koszulki dla kobiet po mastektomii. Biustonosze mają miseczki zarówno miękkie, jak i kształtowane termicznie i z zatopionymi wewnątrz „łyżwami” z poliwęglanu, zastępującymi fiszbiny (umieram z ciekawości, czy jest to rozwiązanie podobne do tego, które stworzyły kobiety z Trusst Lingerie). Body zaprojektowane są tak, by zakrywały miejsca po ewentualnym pobraniu skóry do przeszczepu – o tym zagadnieniu nie miałam wcześniej pojęcia i to super, że projektantka tak wnikliwie zbadała potrzeby kobiet po operacjach piersi. Niestety kolekcji nie możemy nigdzie zobaczyć – w „Modnej…” brak choćby jednego zdjęcia, jest jedynie rysunek, co do którego nawet nie wiem, czy przedstawia kolekcję. Wiemy za to, że jest ona utrzymana w minimalistycznym, zmysłowym stylu oraz ma kolor czarny.

Ankieta przeprowadzona wśród kobiet po operacjach piersi, którą autorka poprzedziła stworzenie pracy, zawierała również pytania o estetykę. „Ku mojemu zaskoczeniu najwięcej było opinii, które obalały całą moją teorię na temat „pancernej” bielizny mastektomicznej. Każda z tych kobiet podkreślała jedną rzecz: by jej stanik był jeszcze bardziej seksowny niż ten, który nosiła przed operacją. Żeby nie był „pancerny”, żeby to nie było cokolwiek, co kojarzy się jednoznacznie z bólem i cierpieniem”. Powiem szczerze – mimo iż nie miałam bliższej styczności z kobietami po operacji ani ich bieliźnianymi marzeniami, nie jestem tym zaskoczona ani trochę! Wydaje mi się oczywiste, że chcąc na nowo cieszyć się swoim zdrowiem i patrzeć z nadzieją w przyszłość, kobiety po mastektomii chcą zapomnieć o biustonoszach przypominających bardziej opatrunki i bandaże niż kobiecą, delikatną część garderoby. Dlatego sama życzyłabym im nie tylko czarnego minimalizmu, choćby i najbardziej zmysłowego, gusta są bowiem różne. Życzyłabym im też słodkich, barokowych haftów oraz bajecznych kolorów. Jaskrawej, wyzywającej czerwieni i łagodnych pasteli. Wesołych nadruków i seksownych koronek. Życzyłabym im po prostu równego dostępu do bielizny utrzymanej w różnych stylach, mimo ograniczeń, stwarzanych przez konieczność dobrego podtrzymywania protezy, czy nieuciskania ciała.

Takie rozmiary

Może dlatego trochę rozumiem tęskniące za fikuśną bielizną amazonki, że mnie, mimo że nie mam za sobą operacji, nie noszę protezy i nie mogę nawet próbować wyobrazić sobie doświadczeń osób borykających się z nowotworem piersi, też kiedyś wmawiano, że „na takie rozmiary to chyba tylko w jakichś w specjalistycznych sklepach”? Przy czym nikt nigdy nie wskazał mi żadnego konkretnego sklepu, który byłby dostatecznie „specjalistyczny”, by prowadził mój rozmiar – wielu o takich mówiło, tylko nikt nie widział. Był to po prostu inny sposób na powiedzenie mi – i setkom z Was, zapewne – że jestem tak dziwacznie zbudowana, że nikt biustonoszy dla mnie nie produkuje. A jeśli, to gdzieś daleko, może w Ameryce. Po prostu Tam, Gdzie Mieszkają Smoki.

dragons

Widujecie na zdjęciach dość dokładnie, jak wyglądam – jakoś patrząc na siebie nie mam wrażenia, że stanowię wybryk natury. Nie potrzebuję, by pochylano się nade mną z troską i kiwano głową ze słowami „no tak, jak się ma taki biust…”. Potrzebuję fajnej bielizny i ciuchów, na które jestem gotowa sypnąć mamoną tak samo, jak moje koleżanki o innych wymiarach. Myślę, że dokładnie tak samo myślą inne kobiety, których potrzeby ktoś zaliczył do „specjalistycznych”. Te dużo- i mało-biuściaste, te szczupłe i te tęgie, te karmiące, te po operacjach. Wiem, że za występującym w tekście sformułowaniem nie stała intencja, by segregować biusty na te, na które da się uszyć modną, artystyczną bieliznę i te, na które się nie da. Że był to po prostu inny sposób powiedzenia, że nie każdy biustonosz da się uszyć szybko i łatwo, na samym początku edukacji. Dlatego nie mam pretensji do jego autorek. Zastanowiła mnie jednak lawina skojarzeń, którą uruchomił we mnie ten tekst… nie wzięła się przecież znikąd.

Wykluczenie bieliźniane, w sensie braku dostępu do jakiejkolwiek pasującej bielizny, to oczywiście już dla większości z nas przeszłość, zwłaszcza jeśli się mieszka w dużym mieście, a po wiedzę i zakupy udaje do salonów nie tylko stacjonarnych, ale i korzysta z globalnego wyboru w internecie. Niby przeszłość, a jednak ciągle nie do końca. Gdy tylko wystawimy nosa poza brafittngową bańkę, spotykamy się z różnymi zaskakującymi opiniami, rzucanymi od niechcenia uwagami, a także takimi prozaicznymi utrudnieniami, jak: brak możliwości wyszukiwania po rozmiarach w e-sklepach, brak rozmiarówek w katalogach bielizny (naprawdę, targowe katalogi i takie bywają!). No bo przecież wiadomo, że 75B będzie na pewno, a kto potrzebuje innego rozmiaru? Chyba jakieś smoki.

Przede wszystkim jednak wciąż marki, które kreują się na modne, awangardowe, nowatorskie, a także te z wyższej designerskiej półki – mają wciąż mocno ograniczoną ofertę rozmiarów. Te najbardziej niszowe zaś… na potęgę szyją bralety 😉 Ma to, rzecz jasna, swoje uzasadnienie, ekonomiczne oczywiście. Nie zamierzam jednak w nieskończoność kupować historii o tym, że dla tzw. takich rozmiarów nie opłaca się szyć modnej bielizny. Nie znam statystyk, ale myślę, że nie pomylę się wiele, szacując, że miski powyżej D to przynajmniej połowa populacji. Heloł? Sorry, bez przesady – do niedawna nie dało się dla nich szyć niczego, a dziś proszę – cały Salon Bielizny aż huczy od hasła brafitting, a nasze firmy z Białegostoku, Łodzi czy małych śląskich miasteczek chwalą się miskami powyżej G.

Dlatego też odetchnęłam z ulgą, czytając na końcu wywiadu z projektantką zdanie: „Co jeszcze jest dla mnie niezwykle istotne? Żeby moi studenci się nauczyli tego, że nie projektują dla siebie. Muszą wiedzieć, że trzeba szanować klienta i liczyć się z jego zdaniem. Najważniejsze jest to, by ich nic nie zaskoczyło”. Pozostaję więc w nadziei, że nowe pokolenia polskich projektantek nie poprzestaną na tworzeniu dla siebie i bardzo młodej, bardzo szczupłej i bardzo zgrabnej koleżanki, a ich ambicje będą sięgały daleko.

A jak tam rozwijają się rozmiarówki dla smoków, zobaczymy sobie 7.04 na Salonie Bielizny 🙂

Salon_logoSS8

FurieNocturne

Może ci się spodobać